A na czym ty grałeś?
Znów zebrało się na wspominki. Tym razem na temat grania. Granie na komputerze to przecież podstawowy temat i podstawowa rzecz jaką się na komputerze robi – ile się słyszy o tym, że nastolatek jeden z drugim za długo gra na komputerze? ;-) Niewielki wkład miało na to po raz chyba trzeci obejrzenie dokumentu “I, Videogame” na Discovery.
Nie jestem wytrawnym graczem – raz na jakiś czas włączam jakiegoś “Star Wars: Battlefront”, “Cywilizację II: Próbę Czasu” czy równie starego “Starcrafta”. Nie wspominając o “Frets on Fire”.
Wróćmy jednak do początku. Początku lat 90-tych. Pół Polski ma już Pegasusa, a ja? A ja mam od dziadka coś, czego nazwy nie znałem. Posiadało wbudowaną pamięć z pewną ilością gier, grało się nawet na dwa joysticki. Teoretycznie był jakiś slot na kartridże, ale oczywiście z Pegasusem niekompatybilne były.
Dwadzieścia lat potem dowiedziałem się, że to urządzenie to był Atari VCS, lepiej znany jako Atari 2600. Albo jakaś jego podróbka. Od tego zaczęło się moje granie.
Potem, w 1995 roku, kupiony został – za pieniędze jakie dostałem od rodziny z okazji I Komunii (i dużo wkładu dodatkowego moich rodziców), komputer PC. 486DX4 z 8 MB RAM i napędem CD-ROM o szybkości 2x. Zabójczy sprzęt. Razem z nim dostałem płytę CD, na której to znalazły się wersje demo wielu gier od słynnej firmy Apogee – m.in. “Raptor: Call of the Shadows”, “One Must Fall 2057″, “Hocus Pocus”, “Jazz Jackrabbit” czy “Wacky Wheels”. Z okazji natomiast jakiś Świąt dostałem grę na CD kolejną – zestaw “Comanche vs Werewolf” od NovaLogic. Tutaj pojawiły się pierwsze problemy – szybkość doczytywania misji z CD była potworna. Można było spokojnie zrobić herbatę i ją wypić. Gdy zobaczyłem jak ta gra chodzi na napędzie CD o szybkości 6x – to był szok. Ale jakoś tak wyszło, że symulatory stały się pasją. “Armored Fist”, “F-19 Stealth Fighter”, a w końcu gra, która zmieniła świat dla mnie. Mój komputer – o którym kłóciłem się z kolegą, że nie jest taki zły – nie wyrabiał. “USNF ‘97″, które wymagało 16 MB RAM. Straszliwa ilość. Po dokupieniu ich – zadziałała. Nie najlepiej, ale działała ;-)
W międzyczasie też pojawił się w moich rękach “Warcraft 2″, “Starcraft” (który na 486 chodził, ale zapisywanie gry trwało w nieskończoność) czy “Cywilizacja”. No i rzecz jasna strzelanki – “Wolfenstein 3D” (akurat z nim miałem styczność na kolegi czarno-białym monitorze już wcześniej), “Doom” czy “Duke Nukem 3D”. A do kolegów posiadających lepsze komputery się chodziło grać w “GTA” w wersji z grafiką 24-bit, gdzie jeden model samochodu mógł mieć wiele kolorów…
A potem się jakoś tak zgubiłem. Niby czasem bywałem u jakiś znajomych i mogłem obejrzeć a to “GTA: London”, a to “GTA 2″, “Mortal Kombat 3″, “Need for Speed 3: Hot Pursuit”. Sam dostałem (a może kupiłem?) “Kick Off 98″ i graliśmy rozgrywając własne mistrzostwa świata w piłce nożnej na własnym komputerze. I namiętnie potrafiłem dyskutować, że “FIFA ‘98″ to ma coś tam złego, a “GTA 2″ jest badziewne.
Szczęście, że miałem znajomych – u jednego mogłem zetknąć się “Worms Armageddon” i “Mechwarriorem”, u drugiego z “Quakiem”. Do czasopism o grach zaczęły być dodawane pełne wersje i można było sobie zagrać w “Croca”. Ale znów byłem na uboczu rynku gier i szczerze mówiąc – nadal w nim jestem. Komputery się zmieniały, się ulepszały, gry stawały się świetne, a ja dalej miałem mojego “Warcrafta 2″. Jakiegoś takiego przełomu nie było… no, może gdzieś do 2003 roku. Tam, mój wspaniały nowy komputer (działający wciąż i do dziś) potrafił już uciągnąć różne hity. Trochę nadrobiłem. Jednak gdy rozpoczął się boom, gry zaczęły wymagać zmian komputerów co chwilę, to ja znów zostałem z “przeżytkiem” ;-) A potem kupiłem laptopa, którego Intel GMA 950 nawet przy “GTA: San Andreas” potrafił zachowywać się powoli i nieprzewidywalnie.
A teraz? Mój komputer do gier najlepszy nie jest – “budżetowa” karta graficzna (wybierana jako kompromis pomiędzy mocą, ciszą i energożernością), ale raz na jakiś czas w coś zagram. A to “Call of Duty” (nie, nie 4) przez sieć lokalną z bratem ciotecznym, a to “Frets on Fire”, przez które moja klawiatura jedna się już rozpadła (Enter wypadł ;-)). Albo odwiedzę znów jakiś znajomych i mogę obejrzeć aktualne cuda w rodzaju “GTA 4″.
A sam, mimo iż gram bardzo, bardzo rzadko, zastanawiam się – sam się sobie dziwiąc, nad Xboksem 360. Jest kilka gier, które wydają się bardzo fajne, na tę platformę. Pomysł gdzieś tam w mojej głowie lata i stuka co jakiś czas by go wydobyć na światło dzienne. Ale na razie reszta mózgu zgodnie twierdzi, że to idiotyczna zachcianka.
Choć może, kiedyś?
3 komentarzy
»Wątek RSS dla komentarzy tego wpisu · Adres trackback
Listopad 12, 2009 godzina 13:59
Hehe, u mnie granie zaczęło się na poważnie od Doom’a (na czarno-białym monitorze i PC-Speakerze, a jakże), wcześniej były jakieś różne starodawne (War, Ufo /nie, nie Enemy Unknown, to dużo później :P/, LL, oj dużo było różnych staroci) na XT z monitorem bursztynowym (o wiele lepszy od czarno-białych, serio!). Gdzieś w międzyczasie pojawił się epizod z pożyczonym Pegasusem i głównie Contrą, czy otrzymanym od dziadka jakimś dziwadle z programami pisanymi w Basicu i zgrywanymi z kaset magnetofonowych :].
Natomiast wracając do współczesności – osobiście na Twoim miejscu jeśli już rozważałbym Wii – przynajmniej ma “to coś” czego nie ma zwykły PC, a nie tylko inny zestaw gier :)
Listopad 12, 2009 godzina 16:04
Do grania służą konsole a nie laptopy z budżetowymi kartami :)
PS3/Xbox i jazda! Nie ma to jak wygodnie się rozsiąść przed czterdziestoma z okładem calami i popykać wieczorkiem. Granie na laptopie? Zgroza… “)
Listopad 12, 2009 godzina 16:09
Atari 65XE z magnetofonem, Pegasus pierwszej generacji, P200MMX/32MB RAM/S3 Virge DX 2MB, Athlon XP 2400+/1,2 GB RAM/Radeon 9600Pro – tak wygląda w dużym skrócie moja “droga”. Pierwsze gry? Wspomniany przez Ciebie Warcraft 2, wiele godzin nad Settlers 2, Quake 2, trochę Diablo (całego nigdy nie przeszedłem), FIFA 98… Natomiast nigdy nie przekonałem się do Cywilizacji. Wydawała mi się strasznie nudna i bezsensowna.
A z tematu gier odpadłem gdzieś w roku 2002 albo 2003, gdy już miałem stałe łącze. Kompletnie nie wiem, co się dziś dzieje w tej materii i niespecjalnie mnie ciągnie – choć odświeżyłem sobie ostatnio kilka wiekowych tytułów i pewnie będzie ich jeszcze więcej.