e-mail, MX i obserwacje
sierpień 26, 2008, godzina 21:30 · Komputery »
Oj, dawno nie pisałem. A teraz co prawda piszę, ale mam do przekazania tylko kilka malutkich uwag dotyczących działania mojej poczty e-mail.
Jakiś niedługi czas temu przeniosłem się na Google Apps z moją pocztą z domeny ktos.info, początkowo w celu używania IMAP, skończyło się jednak z pewnych powodów na klasycznym POP3, jednak najważniejszą sprawą jest to, że mam system pocztowy, który jest niezależny od działania mojego serwera (który jak przypominam stoi w szafie). Tak samo korzystam z zewnętrznej usługi DNS (której zdarzyło się paść swego czasu, a już szczytem było mojej głupoty gdy serwery slave działały, ale ja zapomniałem umieścić odpowiednie rekordy NS…).
Jednak z mojego serwera nie pozbyłem się obsługi adresów pocztowych @ktos.info. Początkowo w celu migracji (lepiej żeby został stary działający serwer na czas zmiany w DNS rekordów MX), a teraz chyba pozostało z lenistwa. Problem pojawia się, gdy ów serwer forwarduje moje e-maile na mój drugi adres, w klasycznym GMailu. A nawet problemy pojawiają się dwa.
Pierwszy wynika z mojego błędu: zapomniałem zmienić adres powiadomień w Allegro na nowy e-mail, przez co sprawdzając (chwała mobilnej wersji GMaila) mój adres na GApps nie dowiedziałem się o przelicytowaniu mojej oferty. Ale to jest standardowy problem posiadaczy więcej niż jednego adresu. Drugi problem pojawia się przy niektórych e-mailach. Zauważyłem, że z bliżej mi nieznanych powodów na mój adres w “normalnym” GMailu lądują niektóre newslettery od Microsoftu. Niektóre. Ot, na przykład dzisiejszy MSDN Flash. Z kolei wczorajszy “Virtual Server 2005 R2 SP1 Resources” przyszedł na właściwy adres. Dlaczego?
Na mój gust mogą być dwie możliwości. Albo jakiś serwer wysyłający e-maile z MSFT jest niezgodny z RFC i śle na ślepo śle mejle do rekordu A zamiast sprawdzać MX. Albo… moje wszystkie MX z Google, po sprawdzeniu przez ów serwer od newsletterów były niedostępne i został zmuszony do wysłania do A (ale nie wiem czy takie zachowanie jest dopuszczalne). Skądinąd dzięki przerzuceniu e-maila na inne MX, ale pozostawieniu go tam gdzie rekord A mogę teraz ładnie oglądać spam, który sobie przychodzi, bo widać, gdzie twórcy spambotów mają RFC ;-)
A co do spamu, to jest to moja malutka kolejna obserwacja: zauważyłem jego nagły wzrost ilości. Po tym jak przeniosłem się z moimi e-mailami na GMaila to w logach serwera, który teraz obsługuje inne domeny, było widać po kilkanaście, najwyżej kilkadziesiąt prób wysłania wiadomości pod adresy, które nie istnieją. A teraz? 725, 615, 918 w ostatnich dniach od wczoraj licząc. Zainteresowałem się kim to się tak spamerzy postanowili zająć namiętnie (wspominałem kiedyś agnieszka@ktos.info która, choć nie istnieje, to dużo poczty dostaje?). Cóż się okazało?
7 Will_Mccall@pilorz.net
1 Wilma_Crowley@pilorz.net
1 Wilson_Tyson@pilorz.net
1 Winfred_Godwin@pilorz.net
2 Winfred_Guidry@pilorz.net
1 Winfred_Joyce@pilorz.net
1 Wm_Palmer@pilorz.net
1 Woodrow_Cummings@pilorz.net
11 Yesenia_Wiggins@pilorz.net
5 Zachery_Ervin@pilorz.net
To tylko wybór spośród 600 podobnych adresatów. To chyba jakaś nowa technika generowania imion i nazwisk, które być może będą działać…
Technorati Tags: e-mail, DNS
Permalink |
Podcasting
lipiec 14, 2008, godzina 22:04 · Internet, Prywatne, Społeczeństwo »
Pamiętam, jak jakiś dawny czas temu, chyba w czasopiśmie “PC World Komputer” które ówcześnie prenumerowałem, pojawił się tekst o podcastingu. Było to zjawisko związane z iPodem, słynnym kultowym odtwarzaczem, którego nie posiadam, bo w wyniku pewnego zbiegu okoliczności dorobiłem się, jakiś czas temu, iPod-killera from Seattle, czyli Zune.
Nie mam zamiaru jednak zajmować się samym odtwarzaczem, a raczej zjawiskiem, jakim - także dla mnie - stały się podcasty, a zwłaszcza vidcasty, oraz krótkie filmiki, jakich pełno jest obecnie na YouTube czy innych serwisach tego typu. Najpierw jednak vidcasty: oprogramowanie dla Zune w wersji drugiej przyniosło mi możliwość łatwego subskrybowania podcastów/vidcastów/czegokolwiek. Wcześniej nie słuchałem czegoś takiego. No dobra, jeden słuchany w miarę regularnie się zdarzył. “To zależy” vel “Interfejs” vel cośtam jeszcze. Pozdrawiam Grześka w tym momencie :-) Vidcasty przyszły potem, gdy znalazłem iKanapkę.
A teraz? A teraz, gdy znów udało mi się uruchomić Zune Marketplace (które oczywiście nie działa w naszym rodzinnym kraju) od razu zasubskrybowałem kolejne dwa vidcasty. Podnosząc liczbę oglądanych do zabójczych dziesięciu. No dobra, przy 78 subskrybowanych kanałach RSS jest to niewiele, jednakże oglądanie materiałów wideo jest bardziej pracochłonne (i czasochłonne) niż czytanie tekstu. Tekst mogę szybko przerzucić wzrokiem, z nagraniem wideo nie jest tak łatwo. Mimo iż jeden z drugim starają mi się udowodnić, że można to robić np. w autobusie w drodze gdzieś, to nie dla mnie. Nie mogę, nie umiem. Zatem vidcasty oglądam np. przed snem, zamiast oglądać telewizję (wypominając sobie, że Amazon miał promocję na Zune Home A/V Pack, a ja nie skorzystałem), a podcastów słucham w różnych okolicznościach.
Wracając do tekstu od którego usłyszałem o podcastingu… początkowo uznawałem to, że jest do dziwne. Niepotrzebne, nieciekawe. Dzisiaj? To jest fajne. Śledzę wiele materiałów wideo od wielkiej software’owej korporacji z Redmond i naprawdę jest tam sporo rzeczy, które są fajne. Śledzę Discovery Channel Video Podcast i to też jest fajne.
To ja wracam do mojego Żywca cały czas powtarzając sobie, że siedzenie przed komputerem w wakacje jest okropne. Choć dziś był piękny, chłodny dzień, z deszczem…
Permalink |
Nie wszystko złoto co się… płonie
lipiec 1, 2008, godzina 10:42 · Komputery »
Używam Firefoksa 3 od dnia jego oficjalnej premiery i przedtem nie używałem jakiejkolwiek wersji beta tego produktu. Stąd zaskoczyła mnie opcja, że oto wreszcie mogę przeglądać jakie to wtyczki (nie mylić z rozszerzeniami) są doinstalowane i nawet zarządzać nimi mogę, jakie to typy danych mają otwierać.
Problem jednak pojawił się pewnego dnia, gdy chciałem obejrzeć w przeglądarce umieszczony na stronie internetowej film w formacie QuickTime. Firefox radośnie poinformował mnie, że oto moja wtyczka QT została “Wyłączona z przyczyn bezpieczeństwa”. Pomyślałem tylko krótkie “co?”, niestety opcja “Włącz” nie jest dostępna, a strona więcej informacji kieruje do angielskiej strony na której nie ma jakichkolwiek sensownych informacji na temat tej wtyczki akurat. Oraz drugiej jaka z tych samych przyczyn jest zablokowana, Windows Genuine Advantage.
Po aktualizacji mojego QuickTime już nie jest zablokowany, więc problem się rozwiązał. W teorii. Bo ostatnio - przy próbie otwarcia pliku MP3 osadzonego na stronie znów chciało instalować wtyczkę, którą już posiadam. Pewnie w nowszej, albo w oficjalnej wersji, bo używam QuickTime Alternative.
Z dodatkami problem był jeszcze jeden. Duży, co chwila Firefox robił crash i tyle go widziałem. Winowajcą okazała się wtyczka Microsoft Silverlight. Nie dość, że nie była wykrywana przez skrypty na stronach, to jeszcze powodowała wywracanie się Firefoksa częste. Ciekawostką jest jednak to, że Silverlight 1.0 nie działa, natomiast 2.0b1, którego nie ma na liście dodatków - bez problemu odtworzył mi film osadzony na stronach Microsoftu. Aż chyba czas spróbować zainstalować nową wersję wtyczki.
Oczywiście powiecie, że Silverlight jest zły, że Flash jest otwarty, że Microsoft, że Obj-J, Cappucino i te sprawy. Ale to nie powód, żeby nie działało.
Czekam też na finalną wersję Firebuga 1.1, bo 1.05 nie działa w Firefoksie 3. No i fajnie by było rozwiązać problemy z WebDeveloperem, którego skróty klawiaturowe są nadpisane przez skróty samej przeglądarki (CTRL+SHIFT+H uruchamia mi jakąś bibliotekę nieznaną bliżej, zamiast wysyłać stronę do walidatora na stronach W3C).
Aczkolwiek jestem i tak bardzo zadowolony z migracji. Nowy pasek adresu jest miejscami przydatny, moje niezbędne (oraz fajne) rozszerzenia działają (bałem się bardzo czy będzie działać Grab and Drag na tablecie oraz Tab Scope na laptopie), z wyjątkiem wspomnianego Firebuga, aczkolwiek muszę powiedzieć, że nie widzę różnic w zajętości pamięci - po prostu nie zaglądam do menedżera zadań. Czy działa szybciej? Trudno powiedzieć.
Technorati Tags: Silverlight, Firefox 3, QuickTime, Firebug
Permalink |
Okrojone, jak nie wiem co
czerwiec 21, 2008, godzina 11:52 · Komputery »
Jakiś czas temu dałem się skusić na numer czasopisma CHIP, w którym to znajdowała się pełna wersja Nero 7 w wersji “Essentials”. Ze względu na to, że moja najbardziej ulubiona wersja Nero, 5.5, niestety nie chce współpracować z nagrywarką, a Nero 6 Express do nagrywarki dołączone nie chce współpracować z Vistą (choć to OEM, więc i tak pewnie by się nie chciał na laptopie zadziałać) - a ja potrzebowałem zwłaszcza Nero Cover Designera. Ale nie pogardziłem i resztą, mając nadzieję, że wersja “essentials” faktycznie będzie oznaczać tylko rzeczy istotne, a nie wszystko, co to producent dołącza do najnowszych wersji swojego produktu.
25 zł za czasopismo nie było ceną wygórowaną. Okej, czemu nie. Zainstalowałem, usuwając z instalacji jakieś Nero Home czy coś w tym stylu, co tylko mogłem. Pierwsze, co mnie zdenerwowało, to jakiś bliżej nieokreślony Nero Scout w “Komputerze”. Cokolwiek to jest, udało się wyłączyć pokazywanie tegoż. A potem, a właściwie teraz, jest tylko gorzej.
Otóż po pierwszym po instalacji Nero podłączeni do mojego komputera mojego PDA pojawiło się okno czy aby nie chciał bym zainstalować Nero Mobile. Pomyślałem znane “WTF?”. Nero Mobile nie jest jednak produktem służącym do obsługi nagrywarki pod urządzeniami mobilnymi, ale klientem czegoś w rodzaju programu Media Center, chyba tego Nero Home.
Jednokrotne przyczepienie się do instalacji tego czegoś bym jeszcze przeżył. A co mi tam, może być i Nero Mobile, mniejsza o to. Problem jest jednak inny. Co jakiś czas, częsty ostatnio, zauważam, że po podłączenu i synchronizacji PDA wiatrak mojego laptopa zaczyna się rozkręcać i hałasować. Mój sprzęt zwykle jest raczej cichy i wiatrak działa na wysokich obrotach tylko przy dużym obciążeniu. Ale cóż może go tak obciążać?
Tak, zgadliście. Nero Mobile. A dokładniej sama informacja, “reklama” Nero Mobile, w postaci neromobilead.exe mimo iż nie pokazuje się na ekranie zajmuje się zżeraniem całej mocy obliczeniowej jednego rdzenia procesora. HKEY_LOCAL_MACHINE\Software\Microsoft\Windows CE Services\AutoStartOnConnect zawiera do niego odwołanie. Mam nadzieję, że jak to wyrzucę to zacznie działać jak trzeba.
Teraz pozostaje pytanie. Cóż to za “Essentials”, skoro zawiera dodatkowo jakieś rzeczy w rodzaju indeksera, Nero Home, Nero Mobile? Ta nazwa dla mnie znaczyła by coś takiego jak mój Corel w takiej wersji zawierający tylko CorelDRAW i Corel PHOTO-PAINT bez czegokolwiek innego. I dlaczego Nero nie pozwala tego usunąć? A do tego przyznam, że liczyłem naiwnie, iż owa dołączona do czasopisma wersja Nero to będzie klasyczny Nero Burning ROM, a nie Express, bo wolę interfejs tego pierwszego. No cóż, niestety nie.
Spojrzałem jednak na to, że ów pakiet podpalacza Rzymu zajmuje blisko gigabajt. A ja mam na dysku systemowym mało wolnego miejsca. Nagrywam na laptopie rzadko. Może by się tak tego po prostu pozbyć… Już mi ktoś mówił o jakiś innych aplikacjach - gdzie co prawda większość była tragiczna (nie działała poprawnie, wymagała praw administracyjnych do pracy itp.), ale lepsze to niż ten pseudookrojony pakiet.
Technorati Tags: Nero, Nero Mobile, Nero Essentials, neromobilead.exe
Permalink |
Ziarenko piasku
czerwiec 19, 2008, godzina 20:08 · Technologia, Z innej beczki »
I sprawia, że wszyscy:
mali i wielcy,
bogaci i biedni,
wolni i niewolnicy
otrzymują znamię na prawą rękę lub na czoło
i że nikt nie może kupić ni sprzedać,
kto nie ma znamienia -
imienia Bestii
lub liczby jej imienia.
Tu jest [potrzebna] mądrość.
Kto ma rozum, niech liczbę Bestii przeliczy:
liczba to bowiem człowieka.
A liczba jego: sześćset sześćdziesiąt sześć.
Ap 13,16-18
Zastanowicie się dlaczego zacząłem od przytoczenia tego, jednego z bardziej znanych, fragmentów Apokalipsy św. Jana? I co to ma wspólnego z tytułem notki? Oczywiście niezbyt wiele, na pierwszy rzut oka, dopóki nie przejdę do rzeczy.
Wiecie, czym jest RFID? Taka przyszłość kodów kreskowych? Zdarzają się ludzie, którzy przyrównują możliwe upowszechnienie malutkich, identyfikujących każdego z nas, tagów RFID, do owego znamienia z 17 wersetu 13 rozdziału Apokalipsy. Bo jak wiadomo to technologia jest bardzo kontrowersyjna - mimo iż pozwala łatwiej sortować paczki, sprawdzać bilety, czy wykrywać fałszerstwa pieniędzy - to równie dobrze może się nadawać do identyfikacji ludzi - co ma wyraźne skutki dla naszej prywatności. Krąży po Internecie tekst o implantach (typu RFID) o wielkości ziarenka ryżu. Małe?
W najnowszym “Świecie Nauki” (czerwiec 2008) jest opis czegoś, co pokazuje, że jednak wielkie. Tag RFID może mieć wymiary… 0.4×0.4×0.06 mm? Albo coś jeszcze lepszego - chip ziarnkowy o wielkości 0.05×0.05×0.005 mm. Coś takiego można wszyć w papier i zobaczyć, czy domowego papieru do drukarki nie użyto do stworzenia banknotu (aż przypomina się sprawa żółtych kropek) - choć chyba rozsądniejsze było by wszycie czegoś takiego w banknot i odrzucanie tych, które tagów nie mają. Zabezpieczenie świetne.
Cała idea polega na tym, że owe mikroskopijne układy wysyłają tylko jedną rzecz - 128-bitową liczbę. Teraz wyobraźmy sobie, że tak mały układ jak podane wyżej bezproblemowo można by wprowadzić do ciała człowieka - niech nawet będzie to czoło czy prawa ręka. Idealna metoda identyfikacji ludzi (tutaj z kolei przypomina mi się dowodzenie, znalezione w Internecie, że taki system już jest tworzony, czoło ma cośtam cośtam, dlatego jest najlepszym miejscem, a system nosi nazwę BEAST). I śledzenia ich, a co. A może nie?
RFID jest pasywny. Nic nie wysyła, nie ma żadnego związku z systemem nawigacji satelitarnej. A tak małe układy jak owe ziarnkowe opisane w magazynie, o których wspomniałem wyżej, mają zasięg… do 30 cm. Wyobrażacie sobie, by co 30 cm na całym świecie znajdował się czytnik? Oczywiście, to może zostać zmienione, ulepszone… skoro metkujemy produkty w supermarketach, to dlaczego nie metkować (tagować) ludzi?
Ja tylko, najpierw odeślę do starego łańcuszka na ten temat, a potem zadam pytanie. Tatuaż to coś znanego od tysiącleci. Dlaczego niby rządy państw, choćby tych dyktatorskich, bo jak wiadomo, te bardziej demokratyczne jeszcze dla naszego dobra nie zrobiłyby takiego kroku, nie tatuują ludziom takiego zwykłego kodu kreskowego? To też by zapewniało doskonałą natychmiastową identyfikację ludzi, a co za tym idzie np. transakcje bezgotówkowe. Technologię mamy od lat.
Nie stosujemy tego tylko dlatego, że musimy zbliżyć czytnik laserowy do określonego punktu ciała? Ale przecież jeżeli byśmy zastosowali obecne mikrochipy RFID to i tak ich zasięg to te kilkanaście centymetrów! A o ile kod kreskowy by bardziej pasował do imienia Bestii.
Muszę przyznać, że implant, dzięki któremu mój (inteligentny oczywiście, teraz wszystko jest “smart”) dom, czy inny komputer, mógł mnie natychmiast rozpoznawać, to jest z jednej strony bardzo interesująca propozycja. A, że rząd będzie wiedział gdzie jestem, jak skanery odpowiednio gęsto poustawia? Już i tak wie, dzięki kamerom. Będzie tylko wiedział dokładniej.
Chyba w przyszłości nie będzie tak łatwo uchronić się przed tagiem RFID jak Richard Stallman na konferencji WSIS w 2005 roku, gdy owinął swoją plakietkę folią aluminiową (#).
Permalink |
Windows SideShow dla Windows Mobile
czerwiec 4, 2008, godzina 19:56 · Microsoft, Technologia, Windows »
Dwa razy w tytule pojawia się słowo “Windows”. Raz w towarzystwie dodatku “Mobile”, który jeszcze może poniekąd coś sugerować, a raz w towarzystwie “SideShow”. Zanim zatem przejrzę do rzeczy będę musiał ujawnić nieco czym jest Windows SideShow, bo jest to jedna z nowych, niezbyt znanych technologii, wprowadzonych wraz z Windows Vista.
Windows SideShow pozwala umieszczać specjalne gadżety, wyświetlające pewne informacje o naszym komputerze, jednak owe gadżety nie są na pasku bocznym (sidebar), a na zewnętrznym urządzeniu. Może to być czy cyfrowa ramka do zdjęć czy dodatkowy ekran LCD na notebooku. Nigdy o tym nie słyszeliście? Nic dziwnego, bo jakoś zbytnio głośno o tym nie jest.

W każdym razie tym, na co najbardziej czekało wiele osób było uruchomienie urządzenia pracującego pod kontrolą Windows Mobile jako dodatkowego ekranu Windows SideShow. Co to miało by dać? A na przykład możliwość przeglądania feedów RSS z czytnika komputerowego bezpośrednio na urządzeniu czy też… sterowanie Windows Media Player.
Dwa dni temu pojawiła się informacja na Windows SideShow Team Blog, ja na to trafiłem dzisiaj - oto doczekaliśmy się wreszcie SideShow for Windows Mobile Developer Preview. Jest to oczywiście wersja beta, no i jak widać wyszła w czerwcu 2008 roku, podczas gdy ostatnio pracownicy MSFT przebąkiwali coś o trzecim kwartale 2007… nieważne. Jest. I - co zadziwiające - działa nawet bez większych problemów.
W jaki sposób tego użyć? Pobieramy, instalujemy na urządzeniu (wymaga urządzenia z systemem Windows Mobile 5.0 lub nowszego oraz .NET Compact Framework 2.0 - oraz koniecznie Bluetooth) i parujemy je z komputerem (wyposażonym w system Windows Vista w wersji innej niż Home Basic), a na zakładce “Services” w “Bluetooth Devices” pojawia nam się usługa “Windows SideShow”. Co potem? Instalacja sterowników, które są pobierane z Windows Update (u mnie zadziałało dopiero za drugim razem). A potem już bezproblemowo możemy dodawać gadżety do naszego nowego urządzenia SideShow.


Ja mam doinstalowane (można pobrać za darmo) kilka dodatkowych gadżetów poza standardowymi Windows Media Player i Windows Mail. O ile wszystkie dotyczące Outlooka nie mają racji bytu przy urządzeniach Windows Mobile (które i tak się domyślnie z Outlookiem potrafią synchronizować), o tyle PowerPoint Remote, FeedViewer i Windows Media Player stają się bardzo fajne.
Pierwszy wspomniany pozwala sterować wyświetlaniem prezentacji PowerPointa bezpośrednio z urządzenia PDA, wraz np. z podglądem następnych slajdów.


Drugi odpowiada za przeglądanie RSS (wpisy są bezpośrednio wysyłane na nasze urządzenie), a trzeci pozwala sterować (zmieniać utwory, pauzować, odtwarzać, rozgłaśniać, ściszać, przeglądać bibliotekę) programem Windows Media Player.


SideShow for Windows Mobile dodaje także do ekranu Today (polskie tłumaczenie: “ekran Dzisiaj” mnie zawsze śmieszy) plugin pokazujący aktualny stan poszczególnych gadżetów (u mnie na przedostatniej pozycji).

Oczywiście to jest beta - próbując na przykład uruchomić gadżet pogody (zewnętrzny, który notabene wymaga używania Windows Sidebar, którego nie używam, bo nie lubię) urządzenie mi się zawiesiło, a potem widać, że na ekranie Today zamiast znaczka stopnia jest jakaś dziwna literka. Ale sam gadżet pogody działa ;-)

Ale muszę przyznać, że nie spodziewałem się, że coś takiego jak SideShow może być takie fajne - choćby tego sterowania odtwarzaczem (ponoć jest też sterowanie Windows Media Center, jednak tej aplikacji nie posiadam na tym komputerze) szukałem jakiś czas temu.
Ach, aplikacja wspierająca Windows SideShow ma się pojawić (dzięki pewnej zewnętrznej firmie) także na iPhone/iPod Touch ;-)
Technorati Tags: Windows Vista, Windows SideShow, Windows Mobile, developer, preview, beta, PDA, Bluetooth
Permalink |
Moda na ultraprzenośność
czerwiec 3, 2008, godzina 20:31 · Komputery »
Ostatnimi czasy widzę pojawiła się taka moda na ultraprzenośne (względnie: bardziej przenośne niż i tak małe notebooki) oraz stosunkowo tanie komputery. Z jednej strony słynny Asus EeePC, z drugiej nawet laptop z Linuksem w Biedronce (który przy wadze 2,4 kg tak znów przenośny nie jest, ale za to 13″ ekran i 999 PLN). Z jednej strony MacBook Air (no, ten do tanich nie należy), z drugiej Intel Atom czy nowe energooszczędne procesory VIA… Moda na mobilność, ultraprzenośność i stały dostęp do Internetu dzięki sieciom Wi-Fi.
Śledzę jkOnTheRun i co chwila widzę nowe wiadomości o nowych komputerach UMPC, czy też informacje, że segment mininotebooków ma osiągnąć 10 milionów sprzedanych urządzeń w tym roku. Kto by się spodziewał? To niesie za sobą ciągły żywot Windows XP (tym razem będzie sprzedawany tylko w komputerach poniżej gigahercowego procesora, poniżej gigabajta RAM i w komputerach z ekranem mniejszym niż 10,2″), no i nawet pojawianie się tego Linuksa gdzieś tam na konsumenckim rynku.
Co z tego wyniknie? Oczywiście to, że niektórzy ludzie będą częściej nosić komputery ze sobą. Poza tym - że niektórzy zaczną dysponować więcej niż jednym komputerem, co zwiększy chęć posiadania łatwej możliwości synchronizacji (skądinąd pojawiły się też plotki, że nowy .mac ma zostać nazwany MobileMe i być może będzie współpracował z Windows). Istnieje możliwość, że upowszechni się płatny dostęp do Internetu przez jakieś sieci bezprzewodowych punktów dostępowych - to w teorii jest, w praktyce różnie z tym bywa w naszym kraju.
Ale nawet jeżeli nie mówimy o sprzętach bardzo przenośnych, a o tych klasycznych notebookach w rozsądnych rozmiarach, to jest ich obecnie masa. Ja to widzę na uczelni - o ile początkowo posiadaczy komputerów przenośnych było niezbyt wielu, o tyle teraz co trzeci student może wyciągnąć komputer z plecaka na jakiejś dłuższej przerwie. Niesamowite. Naprawdę jestem pod wrażeniem - nie wiem czy tak jest w rzeczywistości, ale mam wrażenie, że wśród domowych komputerów ogólnego zastosowania (Internet, filmy, muzyka, dokumenty) notebooki wypierają komputery stacjonarne, które trzymają się dzięki grom - a i to nie zawsze.
Jakiś czas temu jedno z czasopism komputerowych przewidywało, że jedną z technologii, jakie zawojują świat będzie UMPC, ten oryginalny pomysł, dotykowy komputer typu “slate”, bez klawiatury. Tutaj jednak pojawia się coraz więcej komputerów niemalże klasycznych, składanych, ale o przekątnej ekranu 7-9 cali.
Patrząc na to jak rozwija się rynek komputerów nazywanych ultraprzenośnymi (choć wiem, że wielu nie lubi tego określenia, dzieląc komputery po prostu na laptopy/notebooki i desktopy) i porównując to do rynku komputerów typu Tablet PC czy Media Center PC można chyba stwierdzić, że ten pomysł na zmianę komputera się przyjął.
Permalink |
TC przyjdzie, ale na około
maj 18, 2008, godzina 12:35 · Misz-masz »
Czy słyszeliście o Trusted Computing? O świecie, gdzie jeden malutki chip w waszym komputerze może decydować o tym, czy dany program może zostać uruchomiony? Wydaje się to irracjonalne? Z jednej strony to ogranicza naszą wolność. Z drugiej strony to zapewnia nam bezpieczeństwo. Świat, w którym nie ma wirusów, robaków, trojanów, złośliwego oprogramowania. Świat w którym w ogóle nie ma oprogramowania, które by nie było zatwierdzone przez producenta komputera. Mrzonka? Nie, to już jest.
Trusted Platform Module. Regionalizacja DVD. HDCP. Super Audio CD. Protected Audio Path. DRM. TC jest naturalnym rozwinięciem tego pomysłu. Oczywiście wy powiecie, że siłą komputerów jest to, że każdy, mały programista nawet, może napisać co mu się żywnie podoba. I owszem. To jest siła, ale i słabość. Jak prawie wszystko, także i to ma swoje złe strony, o których wspomniałem wcześniej. TC ma to rozwiązać. Kto z was się na to zgodzi? W teorii nikt. W praktyce - już się niektórzy zgodzili. Kojarzycie Apple iPhone? Słyszeliście o SDK do niego? Oto jest pierwszy smartphone w pełni zgodny z Trusted Computing. Będzie można zainstalować w nim dowolną aplikację, pod warunkiem, że będzie ona przez producenta zatwierdzona i znajdzie się w Apple Software Store, czy jak to sam zostanie nazwane. Owszem, w dzisiejszym świecie nadal możemy użyć narzędzi by te zabezpieczenia złamać, ale nikt nie może zagwarantować, że już posiadanie głupiego debbugera nie będzie obwarowane restrykcjami. Digital Millenium Copyright Act czai się za rogiem i jego macki sięgają coraz bliżej.
To jest przypadek szczególny. Chyba jeszcze nikt nie został pozwany za uwolnienie swojego iPhone’a z Matriksa stworzonego przez Apple i być może nie będzie nikt pozwany. Problem pojawi się potem. Być może wkrótce.
Od jakiś 10 lat przepowiada się nadejście software-as-a-service. Widzimy to coraz wyraźniej jako aplikacje webowe, ponoć znacznie lepsze od swoich desktopowych odpowiedników. Google Apps. Microsoft “Albany” i Windows Live. To będzie droga, którą się wedrze Trusted Computing. Jak to?
Wyobraźcie sobie świat, w którym nie ma komputerów osobistych w dzisiejszym tego słowa znaczeniu. Świat, gdzie wasze dane i programy są tylko na serwerach dostawców. Wspaniały świat, gdzie z każdego miejsca na świecie ma się dostęp do jednego środowiska pracy, gdzie żadne złośliwe oprogramowanie nie przejmie waszego terminala, bo na nim nic nie ma oprócz jakiegoś systemu siedzącego w kości pamięci EPROM. Przerażający świat, gdzie jeżeli dostawca usług internetowych stwierdzi, że nie wolno wam skorzystać z jakiejś sieciowej aplikacji, dla waszego dobra oczywiście (ochrona praw autorskich, ochrona dzieci przed pedofilią, cokolwiek), to nie skorzystacie z niej nigdy. Zaufane będą tylko te aplikacje, które są praworządne. Nici z przekodowania filmu, nici z udostępnienia go znajomemu.
Pytanie teraz czy zatem cały model oprogramowania tego typu jest zły? Jeżeli mu ufamy - to zapewne nie. Jeżeli ufamy dostawcy, Internetu oraz usług gdzieś na świecie, to model oprogramowania tego typu może okazać się bardzo fajnym pomysłem.
Ale musi nam zostać dana jedna kwestia.
Wolność wyboru.
Permalink |
Od przybytku głowa… boli.
maj 15, 2008, godzina 18:19 · Sieci bezprzewodowe, Technologia »
Jak niektórzy wiedzą, zakupiłem sobie nowy komputer, jakim jest HP Compaq TC1100, typu Tablet PC. Tym sposobem w moim domu pojawił się kolejny już komputer, tym razem o bardzo specyficznym zastosowaniu.
Wiecie jaki jest problem? Nadmiar. Nawet nie nadmiar rzeczy, bo po prostu wychodzi na to, że noszę ze sobą tableta, a laptop zostaje w domu (co ma dużo plusów, głównie taki, że mam mniej do noszenia), nawet nie chodzi o to, że mam zagracone biurko jakąś dodatkową stacją dokującą (a mogłem kupić TC4200 i mieć jedną stację także do mojego laptopa, nie?), ale nadmiar tego, co jest zdecydowanie mniej materialne, nadmiar danych. Danych do uporządkowania i - przede wszystkim - synchronizacji.
Ot, nawet ten głupi program do zarządzania informacją osobistą. Używam Outlooka 2003, tam trzymam zarówno moją pocztę e-mail, jak i terminarz i kontakty. To się pięknie synchronizuje z moim palmtopem i nie wyobrażam sobie już życia bez czegoś takiego automagicznego: podłączam i działa samo. Albo nawet nie podłączam, a klikam “Połącz przez Bluetooth” na palmtopie. Synchronizacja kontaktów we wszystkich moich poprzednich telefonach była utrapieniem, tutaj nie jest, wreszcie. Ale nie o tym miałem mówić, chodziło mi bardziej jak mam połączyć dane w terminarzu na dwóch komputerach. Rozwiązania są de facto trzy. Pierwszym jest serwer Exchange, którego chyba nie użyję. Drugim jest CodeTwo Public Folders, które mi się ekonomicznie nie opłaca. Trzecim… jest użycie wspomnianego palmtopa i przenoszenie danych poprzez niego niejako. Na okrętkę, ale podobno działa całkiem dobrze.
Problem drugi? Notatki. Muszę pamiętać, by zgrywać notatki robione na uczelni (odręcznie! :-)) na drugi komputer, by mieć do nich dostęp.
Tak samo wiele osób ma problemy z synchronizacją swojej kolekcji muzyki, filmów, czy zdjęć. To jeden z problemów naszego cyfrowego życia. O ile pamiętam parę tygodni temu zrobiło się głośno o Microsoft Live Mesh, które ma ten problem znacząco redukować, automatycznie synchronizując pliki pomiędzy urządzeniami w obrębie sieci “mesh”. Niezła idea, nawet chyba miałem coś na blogu o niej napisać, ale pewnie mi się odechciało, bo nie powiedziałbym nic nowego. Na zyxist pojawiła się też notka o Unison, który również pozwala na synchronizacje plików na wielu komputerach.
A co było by idealnym rozwiązaniem? Oczywiście coś podobnego w idei do Live Mesh, działającego jednak na lokalnej sieci, w architekturze bez centralnego serwera i bez korzystania z serwerów jakiejśtam zewnętrznej firmy (niekoniecznie z obaw w temacie prywatności, ale i z powodów praktycznych: sieć lokalna jest zwykle co najmniej dziesięciokrotnie szybsza od połączenia z Internetem). Działało by automatycznie, z użyciem jakiegoś automatycznego zestawiania połączeń. Przychodzę z zajęć, podłączam tablet do stacji dokującej i na moim laptopie po chwili pojawiają się zaktualizowane, nowe pliki, notatki z zajęć, a na tablecie nowa poczta pobrana z jakiegoś zdalnego serwera. Gdy napiszę nowy list elektroniczny i zapiszę go w “Wersjach roboczych” on magicznie pojawi się i na drugim komputerze. Nawet może i być bez tego wykorzystania stacji dokującej, niech z Wi-Fi korzystają.
Przychodzę z palmtopem który automatycznie synchronizuje kontakty, terminarz, pocztę. Odtwarzacz muzyczny pobierający z komputerów dane o zmienionej bibliotece mediów i synchronizujący ją sobie przez sieć bezprzewodową.
Jak sobie myślę, to zapowiada się takie coś fajnie. Doczekamy się tego? A może już ktoś zaimplementował?
(skądinąd to ostatnie, dotyczące odtwarzacza muzycznego akurat jest jak najbardziej rzeczywistym pomysłem stosowanym przez Zune, ale ja jak dotąd nie miałem nigdy okazji z tego skorzystać, jako iż nie posiadam w domu sieci bezprzewodowej - mimo wielu urządzeń wyposażonych w łączność tego typu ciągle nie dorobiłem się AP/routera z AP)
Permalink |
Adobe Flash otwarty
maj 2, 2008, godzina 13:37 · Komputery, Technologia »
Wczoraj świat obiegła straszliwa wiadomość, a echo jej dotarło do piekła, które od jakiegoś czasu powoli zamarza. Adobe zamierza opublikować specyfikacje formatu Flash (.swf i .flv). Straszliwa? Gdzie tam. Bardzo fajna. Bo nie dość specyfikacją mają zostać opublikowane, ale i zniesione restrykcje dotyczące tego formatu.
Kojarzy się to z inną, wcześniejszą akcją Adobe. Gdy PDF został otwarty i standaryzowany przez ISO stał się natychmiast czymś, co jest dla nas całkowicie naturalne. A mimo iż istnieją formaty konkurencyjne (DJVU czy XPS Microsoftu - ktoś o nim pamięta oprócz mnie?) to trzyma się świetnie, i pojawia wszędzie.
Czego Adobe szuka? Oficjalnie (za OsNews):
Projekt stopniowego uwalniania Flasha nazwano “Open Screen Project”. Razem z Adobe, współtworzą go takie firmy jak Intel, Cisco, Motorola, Nokia, LG, Samsung, BBC, NBC czy MTV Networks. Zadaniem projektu jest promowanie adaptacji technologii internetowych na szerokim spektrum urządzeń takich jak telefony komórkowe, telewizja, urządzenia przenośne i komputery biurkowe.
Nieoficjalnie mówi się, że to reakcja na Microsoft Silverlight, który ma otwartą specyfikację i niezależną (teoretycznie) otwartą implementację na inne platformy niż Windows (Moonlight).
Teraz każdy programista na świecie może sobie ściągnąć specyfikację i napisać odtwarzacz albo edytor plików Flasha. Także na nasze coraz powszechniejsze urządzenia mobilne, gdzie batalia dopiero się rozpocznie - choć Flash już tam jest, a Silverlight tak w sumie to niezbyt wiadomo jak się ma (trochę mi się z Yeti kojarzy - jest, ale nikt nie widział w akcji). Oprócz tego jeszcze Adobe wyszło ze swoim Fleksem do tworzenia tych tak zwanych Rich Internet Applications… I tak doszliśmy do kolejnej wojny.
Pozostaje pytanie jedno.
Co z tego wyniknie? Gnash posunie się w rozwoju o lata świetlne? Czeka nas era dominacji Flasha na urządzeniach mobilnych? Microsoft zostanie zepchnięty do defensywy na wielu frontach? Czas pokaże, jak zwykle.
A ja będę stał i przyglądał się z boku, bo jakoś tak szczególnie mi na Flashu nie zależy…
Permalink |
« Poprzednia strona